Ultradźwięki uderzają w mięśniaki

To dodatkowa metoda pośród dotychczas stosowanych w leczeniu mięśniaków. Niestety, z różnych przyczyn, nie jest dostępna dla wszystkich kobiet.

Na mięśniaki macicy uskarża się ok. 50 % kobiet. Choroba wiąże się z bardzo dotkliwymi dolegliwościami, zaburzeniami miesiączkowania, obfitymi krwotokami, bólem, zaburzeniami płodności.

Termoablacja ultradźwiękowa mięśniaków po raz pierwszy zastosowana została w Stanach Zjednoczonych w 2006 roku, w Polsce – w 2014 roku. Polega na działaniu skondensowanej wiązki ultradźwiękowej na mięśniaka macicy za pomocą specjalnego emitera. Zabieg odbywa się w komorze rezonansu magnetycznego i jest zupełnie nieinwazyjny. Ograniczeń jest dużo. – Żeby wykonać 300 zabiegów, przebadaliśmy 1.000 pacjentek z mięśniakami macicy, z kraju i z zagranicy. 700 odpadło. To nie jest na pewno przełom w leczeniu, ale dodatkowa alternatywa dla kobiet – tłumaczy dr n. med. Tomasz Łoziński, specjalista ginekolog położnik. – Na podstawie rezonansu magnetycznego określamy, czy mięśniak, jego budowa, wielkość, lokalizacja kwalifikuje się do operacji. Przeciwwskazań jest mało, ale problemem jest to, że duża grupa mięśniaków się nie kwalifikuje – ultradźwięki nie działają na nie.

Zabieg trwa zazwyczaj kilka godzin. Pacjentka nie może tylko takich przeciwwskazań jak przy rezonansie magnetycznym – przebywa bowiem w zamkniętym pomieszczeniu. – Jeśli ma klaustrofobię, nie jesteśmy w stanie jej pomóc -mówi specjalista. – Mięśniak macicy, którym się zajmujemy, który daje istotne objawy, może mieć 300-400 ml. A jednoczasowo fala ultradźwiękowa może objąć obszar 2 ml. Możemy emitować te fale co kilkanaście sekund, na chwilę musimy zrobić przerwę, przez 30 sekund, żeby ta tkanka z powrotem się “schodziła”. Operujemy niewidzialną falą, w środku jamy brzusznej, gdzie są inne struktury, których nie możemy uszkodzić. Musimy więc zachować staranność w wykonaniu tego zabiegu. Jeżeli rezonans magnetyczny wskazuje nam, że temperatura w jamie brzusznej gwałtownie wzrasta, musimy zrobić przerwę, dlatego to trwa tyle czasu.

Nowa metoda wykonywana jest ambulatoryjnie. Trwa od kilkudziesięciu minut do kilku godzin, w zależności od rozmiarów guza i jego lokalizacji. Im jest większy, tym zabieg jest dłuższy, ale po krótkotrwałej obserwacji pacjentka może ubrać się i iść do domu. Objawy, na które wcześniej się uskarżała, ustępują już podczas kolejnej miesiączki. Miesiączki są zdecydowanie mniej bolesne, krótsze i mniej obfite. Masa guza zmniejsza się o kilkadziesiąt procent w ciągu 2 lat.

Ograniczeniem jest koszt. Metoda jest bardzo droga. Taki zabieg kosztuje 7 tys. zł. Zabieg nie jest refundowany. – Wszystkie operacje przeprowadziliśmy dzięki grantowi z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Grant został zakończony. Teraz pacjentki muszą płacić. Usługa jest wyłącznie komercyjna – mówi dr n. med. Tomasz Łoziński. – Oczywiście, przygotowujemy się i aplikujemy o to, żeby ta metoda stała się refundowaną przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Niestety, procedury z tym związane trwają niezwykle długo.

ANNA KOPRAS-FIJOŁEK

error: Treść jest chroniona !!